Czy zawsze trzeba być miłym i się uśmiechać krzykliwa maruda

Czy zawsze musisz być miły i uśmiechnięty?

Spadek formy życiowej może dopaść każdego z nas, z różnych powodów. Czasem nawet kiedy wszystko układa nam się świetnie, to czujemy jakąś taką wewnętrzną pustkę, którą w zasadzie ciężko wytłumaczyć i ciężko wypełnić. No i jakby się tak zastanowić nad pytaniem, czy zawsze trzeba być miłym i się uśmiechać, to wystarczy odpowiedzieć: nie. Po sprawie. Jak wiadomo, życie nie jest jednak tak proste i nawet to „nie” ma milion cząsteczek, które składają się w całość.

 

Jako że nie jest to jeden z wpisów motywujących do życia, to jeżeli ktoś ma humor poniżej pewnego poziomu – może nie czytać dalej, za depresje u innych nie odpowiadam (wystarczy, że u siebie zauważam jej pewne symptomy i uwierzcie lub nie, radzenie sobie z tym nie jest łatwe).

Jasne, że mogłabym w ogóle pominąć ten wpis. Uważam jednak, że jeśli już ktoś mnie czyta – a takich osób trochę jest, o czym wiem i z waszych komentarzy, i przede wszystkim z waszym wiadomości, maili – to należy się takim osobom szczerość. Mogę pisać w tym momencie o kolorowych sukienkach na wakacje, ale mogę poruszyć też ważny temat, który być może dotyczy części z Was.

Są pewne sytuacje, w których nie wypada nam być niemiłym. Praca, urzędy – wiecie, jak jest. Burkniesz do szefa, to nie dostaniesz premii albo co gorsza zostaniesz zwolniony. Krzywo popatrzysz na Halinkę w urzędzie, to na rozpatrzenie wniosku zamiast dwóch tygodni poczekasz dwa ale miesiące. Taki dorosły świat, nie?

Jak się tak patrzy na codzienne życie, to powiem Wam, że po zastanowieniu: nie jest lepiej. Wszyscy dookoła wymagają, żebyśmy byli dla nich mili. Nie pokażemy zębów na dzień dobry i już prowadzone jest śledztwo, czy przypadkiem nie mamy czegoś do drugiej osoby. A przecież nie musimy wszystkich lubić, możemy mieć gorszy dzień, tydzień, miesiąc. Możemy się źle czuć, zwyczajnie. Nie jesteśmy robotami.

Uważam się za dosyć silną osobowość. Jak trzeba, to krzyknę. Jak mnie ktoś bardzo wkurzy, zwłaszcza obca osoba.. lub mąż, to nie mam problemu, żeby wybuchnąć. Jest natomiast taka cząstka mnie, która przejawia ciapowatość życiową. Dotyczy ona stosunków z rodziną, znajomymi bliższymi, dalszymi. Ogólne dotyczy takiego otoczenia codziennego – to doskonałe określenie. Ta ciapowatość życiowa przejawia się głównie tym, że nigdy nikomu nie chcę sprawić przykrości. No i można na mnie czasem wylać przysłowiowe „wiado pomyj”, ja się czuję fatalnie, ale nie odwdzięczę się tym samym. Wytępiłam u siebie brak asertywności i jestem z tego dumna, bo nie ukrywam, że często przez to dostawałam po dupie. Potrafiłam siedzieć po nocach i odwalać za kogoś pracę, podczas gdy ten odpoczywał, spał, świetnie się bawił. Nadal jednak biorę na siebie jakieś przewinienia, które nie do końca są moją winą, ale na kimś trzeba się wyładować – więc jestem. W ostatnim czasie takich sytuacji było nadzwyczaj dużo. Czas jest naprawdę napięty – nikomu nie służy pogoda, każdy ma swoje stresy. No ale… ma je każdy. Ja także. Jest mi cholernie przykro, że każdy wymaga ode mnie uśmiechu, zadowolenia, zgodnego przytakiwania na wszystko, mimo że nie do końca działa to w drugą stronę. Jak w końcu coś w człowieku pęka, to nagle okazuje się, że jest tym najgorszym, mentalnie spycha się go do parteru.

Fajnie byłoby mieć świadomość, że nie ma tu indywidualnej winy. Jednak ta ciapowatość życiowa niestety powoduje u ludzi wyrzuty sumienia i pustkę, a to z kolei wpływa też na jakieś codzienne relacje, bo człowiek bez uśmiechu jest rozdrażniony.

Może tym wpisem świata nie zmienię, nie staram się i nawet nie jestem osobą do tego kompetentną. Ale jeżeli są osoby z problemami podobnymi, to chciałabym, żeby wiedziały, że nie zawsze musimy być szczęśliwi na siłę i na pokaz. Czasem po prostu warto być sobą, popłakać w samotności. Nie starajmy się na siłę dopasować do kogoś, do czyichś wymagań, do oczekiwań. Tak po prostu na dłuższą metę się nie da. To jest tak, że my możemy kogoś bardzo cenić, tylko na siłę nie zmusimy tej osoby do odwrotności. Nie zmusimy nikogo żeby nas polubił, zaakceptował. Czasem warto przejść sobie przez tę swoją pustkę, żeby zrozumieć i docenić więcej.

 

 

Z wykształcenia kulturoznawca – menedżer kultury i ...masażystka. Zawodowo specjalista ds. marketingu i social media, a w niedługiej przyszłości także pedagog. Uważa, że człowiek uczy się przez całe życie, dlatego stale podejmuje nowe wyzwania i łączy ze sobą na pozór dziwne pasje. Lubi książki, koncerty i eventy plenerowe. Wielka miłośniczka podróży, niepoprawna optymistka i nowoczesna żona.

4 Comments Posted

  1. Ja Cię bardzo dobrze rozumiem, bo nie potrafię nigdy nikomu sprawić przykrości i mam problem z odmawianiem. Ale z wiekiem uczę się asertywności i jest coraz lepiej 😉

  2. Ja stety i niestety jestem wyszczekana, raczej mało pokorna (to chyba największa moja wada). Jednak nie pozwolę, żeby ktoś mną gardził. Przykładowo środowisko pracy, nie raz siedziałam po 13/15 godzin (praca w gastro), a co usłyszałam? Nie masz prawa być zmęczona, nie masz prawa popełniać błędów. Twoja praca to gówno i do niczego się nie nadajesz. I co zrobiłam? Alivederci roma, wypowiedzenie na stół i radźcie sobie sami. 🙂
    Polecam jednak, asertywność to dobra cecha.

  3. Ja staram się być miła i uśmiechnięta, ale czasem jest tak, że człowiek ma gorszy dzień. Nie mam wtedy do siebie wyrzutów, bo przecież jestem tylko człowiekiem i czasem mogę powiedzieć dzień dobry bez pokazywania zębów albo w ogóle go nie powiedzieć, bo jestem zamyślona. Ważne jednak, aby pamiętać, że to działa w dwie strony. Skoro ja miewam gorsze dni, ktoś też może je mieć i czasem warto przymknąć oko na czyjeś nieuprzejmości i poburkiwania.

Zostaw komentarz

Twòj adres email nie będzie opublikowany.


*


Facebook User Timeline

Close