krzykliwa maruda zawsze lubiłam dramaty

Zawsze lubiłam dramaty

Przerabianie poezji w szkole zawsze było dla mnie okropnym cierpieniem. Ckliwe lektury też nigdy specjalnie mnie nie interesowały. Zawsze byłam bardzo przyziemna, nie chodziłam z głową w chmurach. Zawsze lubiłam dramaty. Ten gatunek „łykałam” pod postacią książek i filmów. Jeżeli w serialach lub innych gatunkach książek pojawiały się życiowe, smętne i dla innych nudne często sytuacje, to dla mnie było to „coś”. Z przyjemnością przerabiałam też wszystkie zbrodnie książkowo – filmowe.

Często jest tak, że czujemy się inni od całej reszty. Tak samo było ze mną. Całe życie wydaje mi się, że nie umiem wpasować się w społeczną układankę –  tak od dziecka. Nie pasowałam nigdy do rówieśników. Być może też lubię te dramaty, bo od zawsze przeżywam swoje małe, życiowe dramaty, które w danym momencie wydają mi się czymś nadzwyczajnym. Zwykle po kilku latach okazuje się, że były małymi farsami, a mi przychodzi mierzyć się na nowo ze światem. Doskonałym przykładem są okulary, które w podstawówce przyprawiały mnie o płacz, a dzisiaj są czymś naturalnym. Chociaż i to odkryłam dosyć późno.  Każdy ma swoje dramaty dnia codziennego.

 

„Życie to ciąg małych, kameralnych dramatów.”

Mary Westmacott – W samotności

 

Kiedy wracam wspomnieniami do czasów szkolnych, to przypominam sobie wszystko, co mnie wtedy interesowało. Potrafiłam odłożyć naukę na późne godziny nocne, żeby tylko przeczytać do końca książkę lub oglądnąć film, który akurat znalazłam. Punktem kulminacyjnym było liceum, gdzie zaczynałam naukę na zaliczenia o 1-2 w nocy i kładłam się spać na kilka godzin, po 4 nad ranem, kiedy mój tata wychodził do pracy. To ślęczenie po nocach zostało mi do dzisiaj. Nie umiem pracować w ciągu dnia. Nie potrafię się skupić, zebrać myśli.

 

„Codziennie, gdy tylko było to możliwe, zanurzałam się w nowej opowieści, stawałam się nieodłączną częścią akcji, fabuły i dramatu.”

Donna Ford – Pasierbica. Prawdziwa historia złamanego dzieciństwa

 

Pamiętam, jak przerabialiśmy „Zbrodnię i karę”. Raskolnikow był moją ulubioną postacią – mimo swojego okropnego na pierwszy rzut oka skurwysyństwa. Często nie rozumiałam przesłania innych lektur lub po prostu mnie one nie interesowały. W tym przypadku wszystko chłonęłam, było to dla mnie przyjemnością. Jest czasem tak, że czytamy jakąś historię i wydaje nam się, jak gdybyśmy ją już znali. W tym przypadku ja chyba byłam już zbyt dorosła na swój wiek, bo we wszystkim widziałam tam odniesienie do rzeczywistości, nie musiałam się nad tym zastanawiać, czułam to.

 

„(…)każdego człowieka należy poznać osobiście i z bliska, żeby móc o nim wydawać sąd.”

Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara

 

Dość wcześnie zaczęłam pracę, bo jeszcze przed ukończeniem 18 lat. Znalazłam kiedyś w sieci ogłoszenie – szukali osób do pisania. Z książek i filmów wiedziałam już wiele, więc się zgłosiłam i poszło. Pewnie, gdybym miała więcej czasu lub pieniędzy, to mogłabym pozwolić sobie na zostanie jakąś pisarką zawodową, a nie tylko zwykłym copywriterem. Wszystko jeszcze przed nami, a to jakoś ukształtowało mnie jeszcze bardziej. Było to dla mnie dobre w tamtym okresie, chociaż nie miałam na nic czasu, często nawet na sen. Dobrze jednak, że tak to się potoczyło.

 

„Bo najważniejsze, jak z tymi dramatami człowiek sobie radzi. Rzecz w tym, by ich nie rozpamiętywać, tylko je oswajać.”

Marta Fox – Kobieta zaklęta w kamień

 

Ukształtowała mnie w dużej mierze literatura. Nie bez znaczenia były filmy i teatr. Kiedy wszyscy chodzili do kina, ja byłam tam może raz na 5-6 lat. Jakoś teatr interesował mnie bardziej. Ulubione zajęcia przełożyłam na kierunek dalszego rozwoju, chociaż wszyscy śmiali się ze mnie, że studiuje Kulturoznawstwo. A ja nigdy tego nie pożałowałam, bo to wszystko wiązało się ze sobą od samego początku. To wszystko ukształtowało mnie jako człowieka.

Zawsze lubiłam dramaty i tragiczne historie. Jeżeli nie na kartkach papieru, to we własnym życiu. Oswoiłam je jak zwierzątko. Jak taką tchórzofretkę, która czasem pogryzie i płaczemy wtedy jak małe dziecko, ale z reguły jest miła i potrafimy z nią żyć, cieszyć się wspólnymi chwilami. Co jakiś czas dopada mnie kryzys jak Raskolnikowa i chętnie pozabijałabym wszystkich dookoła. Nie wiem, czy można to wówczas nazwać dramatem, bardziej wyrafinowaną mieszanką melodramatu i wściekłości jak w „Klubie Miłośniczek Czekolady”. Niech pierwszy rzuci kamień, kto nie ma podobnie.

Lubię dramaty.

„Żyję sam w sobie dla tajemnych celów przyszłości. Jestem tylko bohaterem nienapisanej powieści czy dramatu. „

Stanisław Ignacy Witkiewicz – Pożegnanie jesieni

 

 

Z wykształcenia kulturoznawca – menedżer kultury i ...masażystka. Zawodowo specjalista ds. marketingu i social media, a w niedługiej przyszłości także pedagog. Uważa, że człowiek uczy się przez całe życie, dlatego stale podejmuje nowe wyzwania i łączy ze sobą na pozór dziwne pasje. Lubi książki, koncerty i eventy plenerowe. Wielka miłośniczka podróży, niepoprawna optymistka i nowoczesna żona.

5 Comments Posted

  1. Dramat lubię jako gatunek filmowy. Mam już po dziurki w nosie horrorów, thrillerów, kryminałów i komedii. Rezerwa pomysłów u ich twórców najwyraźniej się wyczerpała i wszystkie powtarzają już tylko kilka utartych schematów („Grupa Amerykańskich nastolatków…”, „John i Mary są szczęśliwym małżeństwem. Kupują stary dom i wkrótce…”, „Emerytowany agent CIA otrzymuje zadanie…”.

    Co innego dramaty: ich tematykę często napisało samo życie, przez to są prawdziwe, szczere, nawet wtedy, jeśli scenariusz to czysta fikcja.

Zostaw komentarz

Twòj adres email nie będzie opublikowany.


*


Facebook User Timeline

Close